„Kroniki marsjańskie” Ray Bradbury – recenzja

Kontynuując przygodę z legendami fantastyki naukowej, postanowiłem sięgnąć po Kroniki marsjańskie Raya Bradbury’ego – zbiór opowiadań, które pod koniec lat 40. publikowane były głównie w pulpowych magazynach. Czy książka ta faktycznie zasługuje na miejsce wśród klasyków sci-fi? Przekonajmy się.

"Kroniki Marsjańskie" Ray Bradbury - recenzja

-Dobrze jest poczuć na nowo zdziwienie światem – rzekł filozof. – Podróże kosmiczne znów uczyniły dzieci z nas wszystkich. [motto]

Teksty zebrane w Kronikach marsjańskich, to luźno powiązane ze sobą opowiadania (przed każdym z nich dodano krótkie preludium), które w sposób chronologiczny przedstawiają dzieje kolonizacji Marsa przez Ziemian. W kilku pierwszych utworach mamy możliwość dowiedzieć się co nieco na temat mieszkańców Czewonej Planety. Jak się okazuje, nie różnią się oni tak bardzo od ludzi – są humanoidami, budują miasta, jedzą, śpią, czytają książki, kochają się – innymi słowy prowadzą normalne życie, z tym jednak wyjątkiem, że do porozumiewania się potrafią używać telepatii. W skutek tej umiejętności, gdy ziemskie ekspedycje zaczynają się zbliżać do Marsa, jego mieszkańcy przeczuwają, że zdarzy się coś złego – mają dziwne sny, bezwiednie śpiewają piosenki w nieznanym sobie języku etc.

W Kronikach marsjańskich, autor udziela nam odpowiedzi na pytanie – “czy dwa różne światy, dwie różne cywilizacje, mogą nauczyć się żyć obok siebie? Podobnie jak Cixin Liu w trylogii Wspomnienie o przeszłości Ziemi, tak i Bradbury nie wystawia ludzkości laurki.

Nie przywykniemy do tych gór: nadamy im nowe nazwy, ale nigdy nie zabrzmią one właściwie, bowiem stare nazwy istnieją gdzieś, skryte w otchłani czasu, i to właśnie one kształtowały niegdyś te szczyty. Imiona, które nadamy kanałom, górom i miastom spłyną po nich niczym woda po kaczce. Nieważne jak bardzo będziemy próbowali, nigdy nie zdołamy dotknąć sedna Marsa. A potem zacznie nas to złościć i wie pan, co zrobimy? Zniszczymy go. Zedrzemy z niego skórę, aby nadać mu nowe oblicze.

My, Ziemianie, mamy talent do niszczenia wielkich pięknych rzeczy. Tylko dlatego nie umieściliśmy budek z hot-dogami pośrodku egipskiej świątyni w Karnaku, że leży ona na uboczu i przez to nie przyciąga handlowców.

Ziemianie, nie mogąc zrozumieć marsjańskiej cywilizacji, postanawiają siłą przekształcić ją na podobieństwo swojej, nie dbając przy o tym o ofiary, które niechybnie przyniesie ze sobą ten proces. Kolonizatorzy powoli pozbywają się pięknych, ale mało praktycznych miast wcześniejszych mieszkańców, sadzą własną roślinność, a jeden z nich wpada nawet na pomysł, aby otworzyć budkę z hot dogami. Bradbury doprowadza tutaj do starcia ludzi ślepo, bezwzględnie podążających za amerykańskim snem, z czymś obcym, nie do końca zrozumiałym, a zatem, w ich oczach, niebezpiecznym, zasługującym na zagładę.

W opowiadaniu Czerwiec 2001: W księżycowy blask, jeden z kolonizatorów, archeolog Spender, uświadamia sobie nagle, jaki los czeka Marsa i postanawia przynajmniej opóźnić przekształcenie Czerwonej planety w drugą Ziemię. Zauważa, że ludzkość gdzieś po drodze utraciła wszelką wiarę i po prostu się zagubiła – po co żyć, skoro sztuka nie ma żadnej praktycznej wartości, a religia to jedno wielkie kłamstwo? Inne podejście do tej kwestii prezentowali Marsjanie:

Połączyli w jedną całość religię, naukę i sztukę, ponieważ nauka to w gruncie rzeczy badanie cudu, którego nigdy nie zdołamy wyjaśnić, a sztuka jest interpretacją tegoż cudu. Nigdy nie pozwolili nauce zniszczyć owego piękna.

W zbiorze opowiadań Kroniki marsjańskie rzadko kiedy dostajemy jednakże szczegółowe informacje dotyczące wojen, czy innych wielkich wydarzeń mających wpływ na świat przedstawiony. Bradbury skupia się na tragedii jednostki – we właściwy sobie melancholijny, nostalgiczny sposób opowiada historie poszczególnych bohaterów. Ogrom smutku i samotności dręczących obie cywilizacje jest szczególnie dobrze widoczny w opowiadaniach Wrzesień 2005: Marsjanin (mieszkaniec Marsa potrafi imitować zmarłych, przy pomocy wspomnień) i Kwiecień 2026: Długie lata (samotny mężczyzna odtwarza całą swoją rodzinę w postaci androidów). Uważam, że są to najlepsze opowiadania w Kronikach marsjańskich.

Warto zwrócić też uwagę na opowiadanie Kwiecień 2005: Usher II, w którym pojawia się wykorzystany przez Bradbury’ego na przykład w Fahrenheit 451 motyw palenia książek. Zamożny biznesmen William Stendahl decyduje się wybudować na Marsie posiadłość przypominającą Dom Usherów z opowiadania Edgara Allana Poe i pomścić całą sztukę, która została zniszczona w trakcie Wielkiego Ognia – jednej z akcji zatwierdzonych przez wszechobecną na Ziemi kontrolę klimatów moralnych.

… i tak stopniowo przykręcano śrubę, wbijano kolejne gwoździe, popychano w odpowiednim kierunku, aż wreszcie sztuka i literatura, rozciągane, splatane w warkocze, wyginane w węzły, szarpane na wszystkie strony, niczym wielka bryła gliny, przestały stawiać opór i straciły swój smak. Wówczas wyłączyły się kamery filmowe, światła w teatrach pogasły, spływająca z drukarni ogromna Niagara lektur zamieniła się w wąziutki niewinny strumień “czystych opowieści”.

Z kolei w opowiadaniu Sierpień 1999: Ziemianie możemy doświadczyć pojawiającego się od czasu do czasu u Bradbury’ego surrealizmu. Członkowie wyprawy kolonizacyjnej zostają uznani przez Marsjan za doskonałą halucynację (związaną z ich zdolnościami telepatycznymi) i trafiają do szpitala psychiatrycznego na obcej planecie. Jest to ciekawa wariacja na temat motywu pierwszego kontaktu – co, gdyby obca cywilizacja nawet w niego nie uwierzyła?

Jeśli chodzi zaś o wady zbioru Kroniki marsjańskie, to myślę, że niektórym czytelnikom może przeszkadzać brak wyraźnego powiązania pomiędzy poszczególnymi utworami i mnogość problemów w nich poruszanych, prowadzące do, według mnie, niewielkiej chaotyczności zbioru. Można by też przyczepić się do mało realistycznych informacji dotyczących elementów naukowych zawartych w książce, takich jak chociażby podróże kosmiczne, ale myślę, że odgrywają one tak instrumentalną rolę, że nie miałoby to większego sensu. W żaden sposób nie zmieniają one odbioru poszczególnych utworów.

Podsumowując:

Kroniki marsjańskie Raya Bradbury’ego to prawdziwa perełka fantastyki naukowej i jedna z książek, którą powinno się zachęcać nowych czytelników do tego gatunku. Nostalgiczny, wypełniony samotnością klimat opowiadań Bradbury’ego, połączony z ponadczasowymi problemami poruszanymi przez autora, zmuszają czytelnika do zastanowienia się, między innymi, nad losami naszej cywilizacji. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

Jeśli chcielibyście zostać patronami Fantasmarium i pomóc nam w dalszym rozwijaniu portalu, gorąco zapraszamy do odwiedzenia naszego profilu w serwisie Patronite:



Categories: Klasyka, Książki, Książki sci-fi

Tags: , , , , , , , , ,

2 replies

  1. Fajna zachęta, swoją drogą mam już tę pozycję na swojej liście do przeczytania.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: