20 kiepskich filmów sci-fi, które warto zobaczyć

Dziś dla odmiany przygotowałem dla Was listę dwudziestu słabych filmów science-fiction, na które warto rzucić okiem. Nie ma tutaj produkcji tragicznych ani złych. Nie znajdziecie tutaj też najlepszych pozycji – tych list mamy pod dostatkiem. Wszystkie dwadzieścia obrazów można obejrzeć z jednym okiem zamkniętym, ponieważ nie są one dziełami wybitnymi. Jest w nich natomiast to coś, co sprawia, że tkwią w pamięci. Takimi też wytycznymi kierowałem się podczas tworzenia tej listy. Dość istotny fakt kolejność nie ma tutaj żadnego znaczenia. Bez zbędnego przedłużania gorąco zapraszam do lektury.

 

  1. Ghost In The Shell (2017; reż. Rupert Sanders)

Z filmem Ruperta Sandersa jest trochę tak jak ze śliczną, lecz niezbyt mądrą kobietą, po operacji plastycznej biustu. Wizualnie atrakcyjna, jest na czym zawiesić oko, ale gdy zacznie mówić to ręce opadają, a wzrok sam ucieka ku niebu. To nie tak, że „GITS” jest głupim filmem; po prostu bywa momentami dość naiwny i strasznie skomplikowany. Po piętnastu minutach seansu już wiedziałem, czego się spodziewać w kwestii fabularnej (świetne anime, które służyło za materiał źródłowy obejrzałem po raz pierwszy dopiero po seansie, więc do kina wchodziłem jako świeżak). Miałem nieodparte wrażenie, że gdzieś już to wszystko widziałem.

Dlaczego natomiast warto zobaczyć? Zdecydowanie dlatego, że każda klatka filmu jest niewątpliwie urokliwa w kwestii efektów specjalnych, gałki oczne widza wręcz taplają się we wszechobecnych neonach futurystycznej metropolii zwanej New Port City (bliżej jej do Hong Kongu niż Tokio). Ciekawie wyglądający antagonista (znów wizualność), Takeshi Kitano i przede wszystkim robo-gejsza na plus. Jeśli zastanawiacie się, jak wygląda adaptacja japońskiego anime zderzająca się z hollywodzkim komercjalizmem, to dobrze trafiliście. Matrix + Łowca Androidów + Ex Machina? Bardziej Robocop + Femme Fatale. W słabszym wykonaniu.

  1. Cargo (2009; reż. Ivan Engler, Ralph Etter)

Cargo ogląda się z ciekawości. No bo jak może wyglądać szwajcarskie science-fiction? Pierwszy ostrzegawczy lewy prosty uderza wraz z fabułą. Jest rok 2267, Ziemia opustoszała i jest praktycznie niezamieszkana. Ludzie zostali zmuszeni do ulokowania się na przeludnionych stacjach kosmicznych orbitujących nad naszą planetą. Ci najszczęśliwsi i najbogatsi przenieśli się na idylliczną planetę zwaną Rhea. Po tym, jak siostra Laury Portman (Anna-Katarina Schwabroh) wygrała dla siebie i swojej rodziny miejsce na tej zbliżonej do Ziemi planecie, Laura postanawia do niej dołączyć. Aby zarobić zatrudnia się na statku transportowym nazwanym złowieszczo „Kassandra”, lecącym na stację kosmiczną orbitującą niedaleko Rhei. Drugi mocny prawy sierp już nadchodzi, nokautując – gdy okazuje się, że ilość oryginalnych pomysłów, tak jak niezamieszkane miejsca na ziemi, w tym filmie jest znikoma. Pożyczając linie fabularne i styl z innych filmów, Cargo nie stara się nawet w zadośćuczynieniu eksplorować osobowości postaci, a wątek miłosny wrzucony tak niedbale powoduje tylko uśmiech politowania. Lecz to ciągle szwajcarskie science-fiction z ciekawym klimatem.

  1. Lost in Space (1998; reż. Stephen Hopkins)

Naprawdę nie da się długo opowiadać o tym filmie, więc zrobię to szybko. William Hurt, Joey z Przyjaciół jako intergalaktyczny Casanova i Gary Oldman w adaptacji serialu sci-fi z lat sześćdziesiątych opowiadającym o rodzinie kolonizującej nowe planety. Hurt przez cały film wygląda, jakby coś go trapiło; LeBlanc to LeBlanc, Oldman powinien zostać w domu; Graham wygląda, jakby właśnie debiutowała, a nie jakby była po kapitalnej roli w „Boogie Nights”. Nawet maskotka „Zagubionych w Kosmosie” wygląda na uzależnione od heroiny, szukające pracy dorywczej stworzenie, tylko po to, by po wypłacie znowu zagrzać. Warto obejrzeć film, by zobaczyć, że karta przetargowa w postaci dobrej obsady nie zawsze działa, no i przelotu przez słońce też codziennie się nie ogląda. Idealnie sprawdza się, gdy chcecie, by coś leciało w tle w międzyczasie, jak wy siedzicie ze znajomymi.

  1. Fortress (1992; reż. Stuart Gordon)

W futurystycznej Ameryce zostaje wdrożona w życie ustawa zakazująca kobietom rodzić więcej niż jedno dziecko. Istnieje możliwość ucieczki do Meksyku, by uniknąć organów ścigania w USA – to właśnie próbują zrobić John i Karen Brennick (Christopher Lambert i Loryn Locklin), gdy dowiadują się, że czas zacząć zbierać na pieluchy, bo drugie dziecko w drodze. Pierwsze urodziło się martwe. Gdy myślą, że już im się udało, plan spala na panewce, zostają złapani i wtrąceni z trzydziestoletnim wyrokiem do tytułowej Fortecy – więzienia przyszłości, w którym osadzeni kontrolowani są przez m. in. lasery, działka neuronowe, kamery, skanery umysłu i elektroniczne urządzenia powodujące ogromny ból, umieszczone w żołądkach skazańców. Z minimalnymi szansami na powodzenie John decyduje się uciec z Fortecy, zabierając ze sobą swoją żonę.

Pomysł na historię brzmi całkiem nieźle, jednak film jest czwartorzędny prawie w każdym calu i nie znajdziemy tutaj ani jednego momentu oryginalności. Wygląda tanio, gra aktorska jest słaba, a idee przewodnie są skradzione z Robocopa, Łowcy Androidów i Uciekiniera. Na dodatek wszystko prezentuje się, jakby pochodziło z sensacyjnego serialu telewizyjnego, który był emitowany w latach osiemdziesiątych w Ameryce. Lambert nie radzi sobie w ogóle, Locklin próbuje ze wszystkich sił, lecz przez scenariusz szybko zostaje zredukowana do zwykłego obiektu pożądania. Na dodatek dostaje wątpliwą scenę erotyczną ze swoim filmowym mężem, w której główny aktor wygląda tak, jakby myślał o wszystkim innym tylko nie o stosunku. Tak jak w całym filmie, dryfuje w swoim świecie. Jednak Forteca ma kilka momentów, które zapadają w pamięć – Poe rozwalony w pół przez gigantyczną broń i rodzącą podczas jazdy ciężarówką Karen. Można rzucić okiem.

  1. 2019: After Fall of New York (1983; reż. Sergio Martino)

Jako fan wszelkiego rodzaju postapokaliptycznych klimatów nie mogłem nie napomknąć o włoskim postapo z 1983 roku w reżyserii Sergio Martino. Wszystko kręci się wokół dwóch federacji: złej i dominującej, Afro-Eurazjatyckich Euraksów i tej stojącej po dobrej stronie barykady, rebelianckiej Pan-Amerykańskiej Konfederacji. Świat, jaki znamy, legł w gruzach z powodu wojny nuklearnej, która wyniszczyła naszą planetę. Jakby tego było mało przez piętnaście lat nie narodziło się żadne dziecko, więc Pan-Amerykańska Federacja decyduje się uwierzyć niepewnym informacjom o płodnej kobiecie przebywającej w tytułowym Nowym Jorku i wysyła tam Parsifala (naprawdę dobry Michael Sopkiw), mając nadzieję że dotrze do niej przed Euraksami.

Film to typowe kino klasy B/włoskiej eksploitacji, zrzynające bez oporów z takich klasyków jak Mad Max czy Ucieczka z Nowego Jorku. Jednak włoskie postapo trzeba zobaczyć chociaż raz w życiu, a to akurat należy do tych najlepszych z najsłabszych… Podchodzić doń z piwkiem, jointem lub dużą dozą rezerwy.

  1. Avalon (2001; reż. Mamoru Oshii)

Jednym z pierwszych filmów, które pamiętam jest Funny Face nakręcony w 1957 roku z główną rolą Audrey Hepburn. Jest to jeden z ostatnich produkcji Złotej Ery Hollywoodzkich musicali. Brytyjska aktorka ubrana w Givenchy’ego, śpiewa Gershwina, a film ma serce, styl, dobre piosenki i duszę. Gdy pierwszy raz w życiu zobaczyłem klatki z filmu Mamoru Oshiiego od razu miałem przed oczami Audrey. Może to kwestia fryzury, w jakiej śmiga ona w musicalu przez pierwsze dwadzieścia minut, ale na pewno nie jest to kwestia talentu. Wspominam o tym dlatego, bo niedawno oglądałem film Stanleya Donena i gdyby nie Funny Face, to Avalonu nie byłoby na liście. Mamoru Oshii – mistrz filozoficznego cyberpunku w wersji anime wędruje na tereny filmów pełnometrażowych z budżetem ok. 8 milionów dolarów i Małgosią Foremniak w roli głównej. Dorzućcie do tego arturiańskie legendy, poszukiwanie świętego Graala, dziewięć sióstr Avalonu, czarnoksiężników, wojowników i biskupów, a wszystko podsumujcie pytaniem o zrozumienie natury rzeczywistości. Warto dla filozoficznych dywagacji reżysera i wszechobecnego symbolizmu. W końcu to Mamoru Oshii.

  1. Waterworld (1995; reż. Kevin Reynolds, Kevin Costner)

„Możliwe, że był to najtrudniejszy w zrealizowaniu film w historii”, tak brzmiały pełne skromności słowa prezydenta MCA Sidneya J. Sheinberga mówiącego o Wodnym Świecie. Filmowi na pewno nie pomogło to, że pomysły Jossa Whedona (Serenity; Avengers) były nagminnie ignorowane podczas, gdy to on został zatrudniony do uleczenia scenariusza. Nie pomogło również to, że Kevin Costner reżyserował produkcję przez kilka końcowych tygodni zdjęć ze względu na sprzeczkę z Kevinem Reynoldsem. Zdecydowanie nie pomogło to, że drogi plan zdjęciowy zbudowany u wybrzeży Hawaii został zalany. Tropikalna burza zrobiła swoje, Costner prawie utonął, jego dubler dostał choroby dekompresyjnej, cały plan kolonii niewolników poszedł na dno. A Mariner (Kevin Costner) pijący swoją własną urynę poszedł w głębiny razem z nim. Dlaczego warto rzucić okiem? Bo to Mad Max 2 na morzu.

  1. Aeon Flux/Ultraviolet (2005; reż. Karyn Kusama/2006; reż. Kurt Wimmer)

Tutaj robię wyjątek, gdyż są to filmy podobne do siebie pod względem zarówno spajającego fabułę elementu, jak i jakości. Bazujący na świetnym materiale źródłowym filmowy Aeon Flux nie ma z nim nic wspólnego. Ma inną historię z bardzo różniącymi się postaciami i tak też powinien być rozumiany – jako odrębne dzieło. Otrzymujemy standardową opowieść buntowników walczących ze złymi ludźmi wprost z dystopijnej powieści Orwella. Akcja przenosi nas czterysta lat po tym, jak wirus zdewastował ludzkość, wybijając 99% populacji. Zostało tylko jedno otoczone murem miasto – Bregna. Pięć milionów ludzi żyje w totalitarnym społeczeństwie, gdzie wolność człowieka jest bardzo ograniczona, a mieszkańcy non stop monitorowani. Na tych fundamentach powstaje grupa Monikanów, która na takie rządy się nie godzi i postanawia obalić totalitaryzm. Wizualnie ciekawy, ogląda się przyjemnie, szczególnie z gibką Charlize Theron w roli głównej. Nic poza tym.

Ultraviolet wygląda o wiele słabiej. Możliwe, że dałoby się przymknąć oko na tragicznie zmontowany efekt końcowy, ale to że historia była pisana na kolanie i nie jest dokończona woła o pomstę do nieba. To samo jest ze scenami akcji. Niektóre z nich są wizualnie w porządku, jednak bywają też takie, które wyglądają, jakby były wrzucone do filmu prosto z blue box’u, bez wcześniejszej obróbki i montażu. Historia znowu opowiada o wirusie, tym razem zmienia on ludzi w super-żołnierzy, Milla skacze, ciacha, strzela… i w sumie to tyle.

Podsumowując: dla wizualności warto, z przewagą w stronę Aeon Fluxu, nie oczekujcie jednak nie wiadomo czego. To dwa proste filmy, które w założeniu mają cieszyć oko.

  1. Priest (2011; reż. Scott Stewart)

Paul Bettany kończy swoją prywatną trylogię katolicyzmu Księdzem, robiąc w trakcie filmu dziwne miny. Dialogi to bełkot, gra aktorska pozostawia wiele do życzenia, intryga jest cienka jak kartka papieru. Na dodatek wszędzie obecne są przewidywalne schematy gatunku. Końcowa walka drugoplanowej bohaterki satysfakcjonuje bardziej niż finałowa walka głównego bohatera. Tak – to nie jest dobry film. Wizja i przedstawienie świata natomiast są dość ciekawe. Tak długo, jak jest to znane człowiekowi, walczył on z wampirami. Bestie spychały ludzkość, ku nieuchronnej zagładzie do momentu powstania wytrenowanych przez kościół tytułowych Księży. Jeśli jesteście ciekawi, w jaki sposób ci Księża powstali, skąd się w ogóle wzięli i dlaczego są tacy zajebiści, to musicie zajrzeć do komiksu, na którym bazuje ten pełen metraż Scotta Stewarta, ponieważ w filmie nie znajdziecie wyjaśnienia. Walki CGI są zrealizowane efektownie, kadry krajobrazowo ukazujące świat zachęcają do poznania uniwersum bliżej i pani Ksiądz, która absolutnie kradnie film zasługuje na kciuk w górę. Karl Urban swoją rolą zasłużył na angaż do roli Kung Lao jak nic, głównie przez kapelusz. Pozostawia niesmak, którego najlepiej pozbywa się Blade i pierwsza część serii. Zaufajcie mi, piszę z doświadczenia.

  1. The Core (2003; reż. Jon Amiel)

Jądro Ziemi należy do tych filmów, które są niesamowicie nierówne. Z jednej strony mamy obsadę, która dość dobrze spaja film, z drugiej – mamy płytki scenariusz z dialogami zakrawającymi na komedię. Jest miejscami zabawny (nieintencjonalnie), utrzymuje dobre tempo, a za każdym rogiem praktycznie czeka jakaś złota myśl scenarzystów, powodująca opadnięcie kopary widza, bynajmniej nie z powodu pozytywnego zaskoczenia. Ale jest coś przyjemnie głupiutkiego w podróży do jądra naszej planety. Szczególnie, jeśli załoga upchana jest w czymś na wzór mechanicznego fallusa z uwypukleniami. Pomimo pięciu tysięcy stopni Celsjusza widzimy naszych bohaterów opuszczających statek, są gigantyczne kryształy i inne takie głupoty. Warto dla intra, Delroya Lindo i DJ’a Quallsa dymającego operatorów telefonii komórkowej prostą sztuczką.

  1. Red Planet (2000; reż. Antony Hoffman)

Czerwoną Planetę Antonego Hoffmana darzę ogromnym sentymentem. Co prawda, nie jest to film najwyższych lotów, ale jeśli miałbym wybrać pięć najlepszych z tej listy to Red Planet na pewno by się tam znalazł. To jedna z tych produkcji, które sięgają do korzeni, do prawdziwej definicji science-fiction. Fikcji, która bazuje na nauce, hipotezie lub ekstrapolacji naukowej teorii. Wiele osób stwierdzi, że jest nudny. Wiele osób nie będzie w stanie uwierzyć w ani jedno naukowe słowo padające z ust postaci. Ale istnieje garstka ludzi którym ten zgrabny, fajnie stylizowany pełny metraż Hoffmana się spodoba. Opowiada on o pierwszej załogowej wyprawie na powierzchnię Marsa mającej na celu zbadanie, co i dlaczego przeszkadza w próbie terraformowania planety. Pamiętam, jak przed seansem myślałem, że to robot AMEE będzie głównym motorem napędowym historii, lecz na szczęście tak nie było. Carie-Anne Moss zagrała najlepiej, Val Kilmer dał radę. Niestety film mogę tylko i wyłącznie zarekomendować tym geekom science-fiction, którzy są w stanie docenić próbę stworzenia wiarygodnego filmu, bez uciekania się do krwiożerczych obcych i wszędobylskich laserów. Ci, którzy nie będą w stanie tego zrobić, nie mają tu tak naprawdę, czego szukać.

  1. Apollo 18 (2011; reż. Gonzalo López-Gannego)

Prędkością świetlną z Marsa lecimy na Księżyc. Jak wiemy NASA oficjalnie zaniechała kontynuowania programu kosmicznego Apollo po siedemnastu misjach. Film ten jest zlepkiem materiału „found-footage” który ma udowodnić, że osiemnasta wyprawa w kosmos również się odbyła. W 1974 roku trzech astronautów zostało sekretnie wysłanych na Księżyc, by porozstawiać kamery i zebrać próbki. To co tam znaleźli delikatnie zasugerowało, że ich ekspedycja ma tak naprawdę drugie dno. Gdy dwoje z nich zostaje na powierzchni naszego Srebrnego Globu, dowiadują się, jaki los spotkał ich poprzedników i stają oko w oko z czymś nie z tego świata.

Apollo 18 zrobił na mnie wrażenie dość ambitnym podejściem do tematu. Niewątpliwie technologicznym sukcesem jest to, w jaki sposób został on zrobiony. „Found-footage” ma to do siebie, że nakręcony nieumiejętnie film w takiej konwencji jest po prostu kiepski. Najczęściej zamazany, z latającą kamerą po całym ekranie ma fascynować i szokować widza, niestety efekt z reguły jest odwrotny do zamierzonego. W Apollo 18 jest zupełnie inaczej. Technika została wykorzystana kapitalnie, a sam film jest swoistym wyjściem przed szereg konkurencji. Tak powinno się stosować tę technikę. Dzieło hiszpańskiego reżysera kuleje natomiast w straszeniu. Na tej płaszczyźnie jest cienko, film nie dość, że nie straszy to na dodatek wpada w schematy gatunku, które przecież są już tak dobrze znane. Wiemy, w którym kierunku zmierza film, zanim naprawdę się rozkręci i jedynie dobre ujęcia POV ratują całą sytuację. Bardziej sci-fi klasy B niż udawany dokument, którym Apollo 18 tak bardzo pragnie być.

  1. Hell (2011; reż. Tim Fehlbaum)

Tym razem niemiecko-szwajcarskie postapo. Rozbłyski słoneczne zniszczyły ziemską atmosferę, w rezultacie nasza planeta powoli się zagotowuje. Grupka ludzi, która przeżyła, stara się jakoś wiązać koniec z końcem. Większość flory i fauny wymarło z powodu niesprzyjających warunków. Widz śledzi historię sióstr Marie, Leonie i Phillipa – chłopaka Marie. Próbują znaleźć schronienie, wodę i jedzenie, a więc trzy niezbędne do przeżycia rzeczy. Świat naokoło to istne piekło; nie można stać w słońcu dłużej niż przez kilka minut, ponieważ temperatura jest w stanie człowieka dosłownie ugotować żywcem. Gdy na ich drodze staje mechanik Tom, który po pewnym czasie dołącza do grupy, reszta bohaterów, nie wie, czy można mu ufać. Od tego momentu zaczyna się tak naprawdę walka o przetrwanie – ze środowiskiem, w którym żyją i innymi ludźmi, którzy jakimś cudem przeżyli. 

Tak w wielkim skrócie wygląda Hell. Film w żaden sposób nie próbuje łagodzić zaistniałych na ekranie sytuacji. Widz zdaje sobie sprawę już na samym początku, jak okropnym miejscem jest ta postapokaliptyczna wersja naszej planety, a znikoma ilość prób, by rozluźnić trochę klimat wychodzi mu na dobre. Za każdym razem, gdy któryś z bohaterów wychodzi na światło słoneczne, musi być opatulony jakimkolwiek materiałem, gdyż nawet krótkie wystawienie kawałka skóry na światło słoneczne może zagrażać życiu. Niestety film wygląda tanio, dialogi są kiepsko napisane i zupełnie niepotrzebna jest tu obecność kanibali. Co nie zmienia faktu, że to ciągle kawałek fajnego postapo, który idealnie pasuje do tej listy.

  1. Battlefield Earth: A Saga of the Year 3000 (2000; reż. Roger Christian)

Nie zastanawiajcie się nawet nad wiarygodnością tego słabiutkiego sci-fi Rogera Christiana. To czysty filmowy rabarbar, który tylko wygląda drogo i nie reprezentuje sobą kompletnie nic. Mamy rok 3000. Nasz świat został najechany, zniszczony i skolonizowany przez prawie trzy metrowych obcych, którzy chodzą w slow motion i grożą wyginięciem naszemu gatunkowi. Ci z nich, którzy stacjonują na naszej planecie nazywają ją m.in. najbrzydszym odbytem w całym wszechświecie. Dlaczego więc tutaj są? To największa tajemnica filmu. Z jakiegoś powodu lubią złoto, to tyle. Wszystko jest ubrane w stereotypowy do bólu scenariusz buntu zniewolonej rasy, któremu przewodzi Barry Pepper. John Travolta z ogromnymi buciorami i gnijącymi zębami wygląda na kogoś, komu sprawia przyjemność bycia złym. Po tych wszystkich romantycznych filmach (pomijając Michaela i Pulp Fiction) też bym się cieszył. L. Ron Hubbard napisał książkę, na której bazuje film, więc to wyjaśnia jego obecność – Hubbard to twórca scjentologii, a Travolta to oddany zwolennik sekty. Osobiście wrzucam film do tego samego kubła co Zagubieni w Kosmosie. Włączcie go w tle przy jakiejś planszówce, co chwilę zerkając na trzy metrowego Travoltę – to najbardziej odpowiedni sposób, by obejrzeć ten film.

  1. Silent Running (1972; reż. Douglas Trumbull)

W roku 1972 martwienie się o środowisko nie było znakiem odpowiedzialności ani wyrafinowania tak jak w czasach dzisiejszych – było to dziwne zajęcie, głównie zarezerwowane dla hippisów. Co prawda, ekolodzy już wtedy podejrzewali, że globalne ocieplenie ma miejsce, tak samo  zdawali sobie sprawę, jak dużym zagrożeniem dla lasów jest zanieczyszczanie środowiska. Ludzie nie siedzący w temacie natomiast nie przejmowali się zbytnio takimi „drobnostkami”. Mniemanie o Ziemi z umierającą roślinnością było tylko i wyłącznie domeną science-fiction. W taki sposób docieramy do Niemego Wyścigu, przerabiającego wcześniej wspomniany scenariusz. Jedyne rośliny, które przetrwały są pielęgnowane w zamkniętych systemach ekologicznych dobudowanych do statków kosmicznych znajdujących się na orbicie Saturna. Gdy rząd przywołuje statki z powrotem w celach komercyjnego użytku, wszystkie systemy ekologiczne wraz z roślinami stają w obliczu zagrożenia.

Taki rodzaj przemyślanego, łagodnego (w sensie tempa) science-fiction nie zawsze trafia w gusta dzisiejszej widowni. Bardzo różni się od tego napakowanego akcją i moralnie nieskomplikowanego rodzaju, który tak kojarzony jest z tym gatunkiem. Jednak piękne zdjęcia Silent Running spodobają się większości, tym bardziej że efekty specjalne zestarzały się dość dobrze. Reżyser Douglas Trumbull wcześniej pracował przy efektach specjalnych w genialnym filmie Stanleya Kubricka 2001: Odyseja Kosmiczna – widać to przy sekwencjach z Saturna. I pomimo tego, że Bieg jest o wiele bardziej skromny od Odysei, udaje mu się uchwycić cząstkę splendoru wizji Kubricka. Dlaczego wybrałem akurat ten film do listy? Dlatego, że jest on bardzo ważnym przypomnieniem wczesnych znaków ostrzegawczych odnośnie naszego środowiska; znaków ostrzegawczych, które zignorowaliśmy. Tym samym przypomina nam o tym, jak ważnym gatunkiem jest science-fiction i jak ważną pozycją dla gatunku jest właśnie Silent Running.

  1. Oblivion (2013; reż. Joseph Kosinski)

Jack Harper (Cruise) to pilot, poruszający się po wyludnionej, pokrytej pyłem Ziemi z zadaniem zabezpieczania surowców, które są niezbędne do ludzkiej emigracji z orbitującej stacji kosmicznej na jeden z księżyców Saturna. Z żoną obserwującą jego poczynania z orbity, rutyna Harpera obraca się wokół serwisowania dronów latających, służących za obronę przeciwko pozostałym obcym, których inwazja położyła ludzkość na kolana. Jackowi zostaje tylko kilka tygodni, by zakończyć swoje obowiązki na naszej planecie i spotkać się znowu z ukochaną. Jak to zwykle bywa, na taki happy end jest za wcześnie, czego dowodzi tajemnicza kobieta, która pojawia się dosłownie znikąd. Okazuje się, że może znać prawdę za uczuciem, które nie opuszcza naszego głównego bohatera, a mianowicie, że nic nie jest tym, czym się wydaje.

Niepamieć stara się za mocno, przez co osiąga za mało – ze zbyt dużą ilością „pożyczonych” pomysłów fabularnych i zbyt małą ilością ekscytacji, by zapełnić dłużący się czas trwania filmu. Kosinski udowadnia po raz kolejny, że jest mistrzem kreowania namacalnych i wciągających światów. Niestety nie udaje mu się ulokować ludzkiego pulsu pod ślicznymi obrazami, które tak ekspercko maluje.

  1. Terminator 3: Rise of the Machines (2003; reż. Jonathan Mostow)

Co się stanie, jeśli weźmiemy pomysł z jedynki, zespolimy go z dwójką, pozbędziemy się ciekawej historii, a w jej miejsce wrzucimy gorącą Kristannę Loken w lateksie? Terminator 3. Reżyser kapitalnie używa efektów specjalnych, lecz historię, która była tak istotnym elementem dwóch poprzednich części traktuje przedmiotowo. Nie mam żadnych zastrzeżeń co do głównych aktorów, ponieważ nie są oni cudotwórcami i mogą tylko pracować z tym, co otrzymują od scenarzystów. Nielogiczności grzebią film, jednak przymykając na to oko, jesteśmy się w stanie dobrze bawić. Pierwsza i druga część to klasyka, za dobra by znaleźć się na tej liście. Czwarta i piąta natomiast nie powinna być w ogóle uznawana jako część kanonu bo to syf, kiła i mogiła. Trójka natomiast pasuje tutaj idealnie. To prosty, głupiutki, sympatyczny, żujący gumę blockbuster, który cieszy oko.

  1. In Time (2011; reż. Andrew Niccol)

Wyścig z Czasem mógł być naprawdę dobrym filmem. Ma mocny kręgosłup pod postacią pomysłu przewodniego filmu, który nie jest w stanie udźwignąć reszty: mało oryginalnego użycia przepełnionych cliché gatunku elementów science-fiction z bliskiej przyszłości. Ale zacznijmy od początku. Podoba mi się idea filmu. W In Time, gdy ktoś dożywa 25 roku życia przestaje się starzeć. Od tego momentu, każda minuta życia jest traktowana jako waluta. Wszystko jest kupowane i sprzedawane, używając minut, sekund, godzin życia danej osoby. Wszystko działa jako bardzo prosta metafora dla problemów leseferyzmu. Szkoda tylko, że nic, absolutnie nic z tego tematu nie jest bardziej eksplorowane.

Negocjowanie i handlowanie życiem za rzeczy posiadane, za wiedzę, a nawet za więcej życia przywodzi na myśl Fausta. Cały pomysł mógł być rozegrany w wyjątkowy i niepokojący sposób. Jednak zamiast pokazać dystopijne, kapitalistyczne piekło; zamiast prowokować ideą rewaluacji systemu przez widownię, film nie robi dosłownie nic. A szkoda.

  1. Maximum Overdrive (1986; reż. Stephen King)

Jestem fanem twórczości Stephena Kinga, przez co postanowiłem powtórzyć sobie kilka starszych filmów bazujących na jego powieściach i opowiadaniach przed wyprawą do kina na To. Tak trafił tutaj ten film. King nie zadowolony z tego, co Stanley Kubrick poczynił przy ekranizacji jego powieści (mowa oczywiście o Lśnieniu), postanowił usiąść za kamerą – bo jak mówi stare porzekadło: „Jeśli chcesz, żeby coś było zrobione dobrze, najlepiej zrób to sam.” I tak w tym wypadku padło na ekranizację krótkiego opowiadania pt. Trucks. Napojony frustracją i ogromną ilością kokainy King zabrał się za przenoszenie słów na ekran.

Historia jest prosta: maszyny odwracają się przeciwko ludzkości. Jedna z najlepszych scen filmu to maszyna z napojami, strzelająca puszkami z prędkością ponad 100 km/h, zabijając prawie całą młodzieżową drużynę bejsbolową. Podobnie jak w Operze Dario Argento, heavy metalowy soundtrack wyciąga na wierzch empatię do głównych postaci, w momencie gdy widownia identyfikuje się bardziej z antagonistą (w tym wypadku zabójczymi maszynami), powodując że widz z niecierpliwością oczekuje kolejnej pomysłowej sceny śmierci czy tortur. Stephen King zamierzał stworzyć film przerażający, wyszło natomiast komicznie, z prawdziwym „feelingiem” lat osiemdziesiątych. Na dodatek wszystko w rytmie AC/DC.

  1. The Watch (2012; reż. Akiva Schaffer)

Nie jestem do końca pewien, czy można winić aktorów za brak zaangażowania w ten film. Scenariusz, z którym musieli pracować jest tragiczny. Obcy, z ich zamiarem dominacji nad światem, przejęli Costco (sieć sklepów magazynowych dostępnych na zasadzie przywileju członkowskiego) w małej amerykańskiej mieścinie i zaczynają mordować lokalnych mieszkańców bez ważniejszego powodu. Widocznie tym zajmują się obcy w wolnym czasie. W odpowiedzi na pierwsze morderstwo, Evan formuje grupę straży sąsiedzkiej: czterech dysfunkcyjnych gości w bujających się w samochodzie, gotowych, by zwalczać przestępczość (w tym wypadku obcych) i chcących zatracić się w budowaniu męskich więzi – jakkolwiek to brzmi.

Straż sąsiedzka to jedna wielka ekspozycja pustych wyrazów i infantylnych bzdur. Fuck, shit, cunt, dick to słowa, które będziemy słyszeć najczęściej. Zresztą chyba jedyne trzysylabowe słowo w całym scenariuszu to vagina. Nie zrozumcie mnie źle, trafia do mnie taki humor – po prostu tutaj nikt nie miał pojęcia, jak inteligentnie użyć tych wulgaryzmów, żeby było zabawnie. Może film byłby zabawniejszy, gdyby którakolwiek z aktorek w nim grających mogła powiedzieć coś więcej niż prośba o fellatio. Na dodatek kobiety są tutaj traktowane przedmiotowo, a stały poziom mizoginii zalewa scenariusz. Jedyne, co przekonało mnie do umieszczenia go na liście, to eksplodująca krowa i Richard Ayoyade. Jeśli lubicie taki humor, doprawiony elementami sci-fi, to trafiliście w dziesiątkę. W innym wypadku krowę możecie obejrzeć na YouTube, a Richarda Ayoyade w innym filmie. Ja osobiście polecam The IT Crowd, jeśli chodzi o jego aktorstwo, albo Submarine i The Double, jeśli chodzi o reżyserkę, bo w tym Richard jest zdecydowanie o niebo lepszy.

Mam nadzieję, że spodobała Wam się lista jeśli macie propozycje do kolejnej dwudziestki lub widzieliście któreś z tych filmów i macie coś do dodania, to piszcie w komentarzach. Nie wykluczam stworzenia jeszcze jednej zwłaszcza, że takich filmów jest naprawdę dużo. Zachęcam też do śledzenia naszych wpisów, bo w przygotowaniu jest m.in. lista filmów fantasy, które wypada znać. Powinna ukazać się za jakiś czas na naszej stronie. Zapraszam także do list, które stworzył Piotr („Filmy sci-fi, które warto obejrzeć” oraz „Książki sci-fi, które warto przeczytać”) –  jestem pewien, że tam również znajdziecie coś dla siebie.



Kategorie:Filmy, Różne, Sci-fi

Tagi: , , , , , , ,

2 replies

  1. Brak Przebudzenia mocy na liście należy interpretować, że po prostu nie warto go nawet zobaczyć?

    Polubienie

    • „Przebudzenie Mocy” jest całkiem w porządku, do słabych nie należy zdecydowanie, stąd interpretacja jej braku jest absolutnie zbędna. „Atak Klonów” natomiast ma duże szanse na załapanie się do kolejnej dwudziestki. Do dziś zbiera mnie na wymioty, gdy pomyślę o Jango Fecie.

      Polubienie

Zostaw komentarz...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: