„Rzeczy ulotne” (N.Gaiman) – recenzja

rzeczy-ulotne-fantasmarium

Już na wstępie muszę zaznaczyć, że Neil Gaiman jest jednym z moich ulubionych autorów, a “Amerykańscy Bogowie” spokojnie mieszczą się w moim fantastycznym Top10, dlatego też kiedy zabierałem się do “Rzeczy ulotnych” towarzyszyła mi nadzieja, łącząca się ze swoistym uczuciem niepokoju (mało któremu pisarzowi udaje się utrzymać wysoki poziom we wszystkich swoich dziełach). Żeby nie przeciągać — tak, książka jest dobra i warto ją przeczytać. 🙂

Tym razem zacznijmy może od szczegółów technicznych — zbiór liczy ponad 20 opowiadań, przetykanych wierszami (które, jak sam autor zaznacza we wstępie, są za darmo i nie wpłynęły na cenę książki, dlatego przeciwnicy takiej formy literackiej mogą odetchnąć), ale to nie wszystko. Pierwsze kilkanaście stron “Rzeczy ulotnych” zajmuje rozbudowany “Wstęp”, w którym Gaiman przedstawia nam pokrótce genezę każdego zawartego w zbiorze utworu, dzięki czemu możemy dowiedzieć się kilku ciekawostek (np. kto został nieuczciwe potraktowany w “Opowieściach z Narnii”, jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach czy też, co łączy autora z “Matrixem”).

Co do samych utworów natomiast — wszystkie trzymają wysoki poziom, kilka z nich jednakże zasługuje na szczególne wyróżnienie. Doskonałym przykładem będzie tutaj “Władca górskiej doliny” (umieszczony na samym końcu zbioru), którego akcja ma miejsce w świecie znanym z “Amerykańskich Bogów”. Znów mamy okazję spotkać się z Cieniem oraz z kilkoma nowymi, intrygującymi postaciami (chociażby demonicznym panem Alice, znanym z innych opowiadań Gaimana), a na chwilę pojawia się nawet nieodżałowany pan Wednesday. Specyficzny klimat znany z chyba największego dzieła pisarza został tutaj utrzymany, co powinno wystarczyć w tym przypadku za rekomendację. Można tylko żałować, że nie zapowiada się na nową, pełnoprawną powieść mającą miejsce w tym uniwersum.

Na wyróżnienie zasługuje również “Studium w szmaragdzie”, które doczekało się nawet swojej adaptacji w postaci gry planszowej o identycznej nazwie. Co by się stało, gdyby umieścić Sherlocka Holmesa w świecie Lovecrafta, a to wszystko doprawić gaimanowskim stylem? Przekonajcie się sami.

Nie wypada też pominąć “Zbłąkanych oblubienic…”, w którym dostajemy dokładnie to, co w Gaimanie najlepsze — oryginalne pomysły, przewrotny humor i niepowtarzalny sposób pisania. Autor jak zwykle wrzuca nas bez przygotowania do wykreowanego przez siebie świata i zachęca do samodzielnego odnalezienia się w nim i odpowiedzenia sobie na pytanie “co się tutaj dzieje?”.

Ponadto na pewno warto przyjrzeć się opowiadaniu “Goliat” (zostało napisane na potrzeby dosyć znanego filmu, który ówcześnie dopiero miał wchodzić do kin), czy też “Problemów Zuzanny” (powinny one zainteresować każdego fana “Opowieści z Narnii”).

Tym co nie podobało mi się w “Rzeczach ulotnych”, były na pewno wiersze. Według mnie zupełnie nie pasowały do klimatu budowanego w opowiadaniach i przeczytałem wszystkie tylko i wyłącznie ze względu na szacunek do autora. Były jednak za darmo, więc na ocenę całościową książki również znacząco nie wpłyną.

Podsumowując — “Rzeczy ulotne” Neila Gaimana są naprawdę dobrą lekturą, w którą warto zaopatrzyć się przy planowaniu długich jesiennych spacerów czytelniczych, czy też wieczornych chwil w fotelu. Życzę miłego czytania i przypominam o premierze nowej książki (dotyczącej mitologii nordyckiej) autora — premiera już 17 lutego 2017 roku.

Ocena 8/10



Kategorie:Książki, Zagraniczna fantastyka

Tagi: , , ,

1 reply

Trackbacks

  1. „Bestia najgorsza” (Michał Cetnarowski) – recenzja

Zostaw komentarz...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: