„Dragonus Cracovus” Marta Kurek – recenzja

Na prośbę jednego z czytelników wspierających Fantasmarium w serwisie Patronite, postanowiłem sięgnąć po debiutancką powieść Marty Kurek – Dragonus Cracovus. Szał Vandy, w której do Krakowa zostają sprowadzone smoki. Zapraszam do lektury recenzji.

O ile zazwyczaj omówienie kwestii technicznych zajmuje mi maksymalnie jeden akapit, o tyle w przypadku Dragonus Cracovus nie jest to możliwe, gdyż w znaczący sposób wpływają one na ocenę książki. Jeśli chodzi o oprawę graficzną, to nie jest źle, chociaż ilustracje już po kilku rozdziałach zaczynają się powtarzać i w żaden sposób nie odnoszą się wydarzeń opisywanych w powieści. Na plus Marcie Kurek należy zaliczyć na pewno zaprojektowanie mapy świata oraz zawarcie w książce alfabetu języka, którym posługiwać będzie się smocza część bohaterów. Niestety, kilka miłych zabiegów nie wystarczy, aby zrekompensować wady Dragonus Cracovus.

Uważam, że osoby odpowiedzialne za korektę i redakcję książki, już zawsze powinny mieć problem ze swobodnym spojrzeniem na siebie w lustrze. Naprawdę, jest aż tak źle. Nie chodzi mi tutaj o zgrzyty fabularne (autor może się czasem po prostu uprzeć) albo kilka literówek (takie zdarzają się w każdej dłuższej książce) – w żadnym razie! W Dragonus Cracovus znajdziemy błędy, które powinien wychwycić każdy zawodowy redaktor/korektor – źle zapisane dialogi i nazwy gatunków smoków, urwane wypowiedzi, przesadzone porównania, liczne pleonazmy, nagromadzenie wypowiedzi pisanych wersalikami, czy wreszcie niekonsekwentną narrację. W trakcie lektury można łatwo odnieść wrażenie, że redaktor i korektor w trakcie pracy zgodnie zdecydowali, że poprawią tylko i wyłącznie błędy ortograficzne, a potem „jakoś to będzie” – niestety, nie tędy droga.

Na tym jednak nie kończą się wady Dragonusa. O ile wyżej wymienionymi błędami można obarczyć redakcję tekstu, o tyle za pozostałe odpowiedzialna jest już tylko autorka (tak, zdaję sobie sprawę z tego, że to debiut). W opisie akcji crowdfundingowej Szału Vandy znalazłem informację, że pierwsze dwie wersje książki napisane zostały dla dzieci, a trzecia (ta, która trafiła w ręce czytelników to YA, a może nawet więcej) i sądzę, że to jest właśnie największy problem powieści Marty Kurek – w trakcie lektury lektury nie miałem pojęcia, do kogo tak naprawdę została skierowana. Chociażby zachowanie bohaterów i ich poczucie humoru wskazywałyby niby na dzieci, zaraz pojawia się jednak ludobójstwo (więc bardziej dorośli), żeby za chwilę przejść do wątku romantycznego ożywiającego wszelkie najgorsze stereotypy dotyczące literatury YA. Myślę, że autorka kontynuując serię, powinna podjąć decyzję, dla kogo pisze i konsekwentnie się jej trzymać.

Kolejnym elementem, który przeszkadzał mi w czasie lektury, był przesyt „śmiesznych sytuacji”. Nie mam na myśli jednak wysmakowanego poczucia humoru Susanny Clarke, czy przezabawnych absurdów Douglasa Adamsa – żartom zawartym w Dragonusie bliżej niestety do filmów w rodzaju Hanny Montany i wąsatych ludzi przewracających się na skórce od banana. Może przez pierwsze kilka stron wypowiedzi zafiksowanej na punkcie biologii głównej bohaterki Wandy i jej rodziców jeszcze nie irytują, ale już później zdania typu Własnym receptorom wzrokowym nie wierzę…  po prostu przyprawiały mnie o zgrzytanie zębów. Było tego po prostu za dużo. Myślę, że gdyby autorka zastosowała taką stylizację tylko u jednego z bohaterów i z nieco większym umiarem, wyszłoby to całej powieści na plus.

To jednak nie wszystko. Dorośli bohaterowie w większości sytuacji zachowują się jak dzieci (bardzo niemądre dzieci), a piętnastoletnia Wanda wydaje się być bardziej dojrzała od nich – co tylko źle świadczy o tych pierwszych, bo dziewczynkę również trudno nazwać bystrą. Szczególnie widać to chociażby w zupełnie niepotrzebnym, dodanym według mnie na siłę, wątku romantycznym. Wydaje mi się, że autorka chciała zbyt wiele zawrzeć w swojej pierwszej powieści i dlatego w pewnym momencie zupełnie straciła nad nią kontrolę.

Wadą Dragonusa jest też duża liczba nic nie wnoszących do fabuły opisów, które ciągną się przez wiele stron tylko po to, aby potem zostać sparafrazowane przez innego bohatera.

Trudno nie zwrócić też uwagi na nagromadzenie smoczych nazw, czy wplatanie Dragozojskiego w niemal każdą wypowiedź (co jest po prostu nienaturalne – smoki swobodnie porozumiewają się z ludźmi) – co według mnie posłużyło tylko i wyłącznie do wydłużenia książki. Wydarzenia opisane w Szale Vandy spokojnie można było zawrzeć w książce o połowie krótszej (tutaj mamy prawie 700 stron). Dobrym przykładem na efektywne pisanie bez niepotrzebnych fragmentów może być tutaj inna debiutancka powieść, po którą miałem ostatnio przyjemność sięgnąć – Taniec Marionetek Tomasza Nizińskiego.

Jeśli chodzi o fabułę – sam pomysł sprowadzenia humanoidalnych smoków do Krakowa, jest według mnie bardzo dobry (podobnie jak oparcie go na mitach) – szkoda, że nie udało się to w pierwszym tomie.

Podsumowując:

Niestety lektura Dragonus Cracovus była dla mnie ogromnym rozczarowaniem. Spartaczona redakcja w połączeniu ze źle skonstruowaną fabułą i pozostałymi wspomnianymi przeze mnie błędami sprawiają, że nie jestem w stanie polecić tej książki. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że w kolejnych tomach będzie lepiej – trzymam kciuki.

Ocena: 2/10

Jeśli chcielibyście zostać patronami Fantasmarium i pomóc nam w dalszym rozwijaniu portalu, gorąco zapraszamy do odwiedzenia naszego profilu w serwisie Patronite:



Categories: Książki, Różne

Tags: , , , , , , , , , , ,

8 replies

  1. Muszę pamiętać, żeby omijać tę książkę szerokim łukiem w takim razie.

  2. Czytałem dość dyskusji o tej książce i dobrze zrobiłem, że w ogóle się nią nie interesowałem patrząc na Twoją recenzję 🙂
    Sięgnij teraz po jakiegoś klasyka, żeby zmyć z siebie tę okropną lekturę 😀

    • Powiem Ci, że było naprawdę ciężko. 🙂
      Właśnie na taki pomysł wpadłem i rozkoszuję się „Uczniem Skrytobójcy” teraz. 🙂

  3. Inna rzecz, tytuł ten powinien być odmieniony w trzeciej deklinacji, a nie drugiej.

  4. Cóż… o autorce było trochę głośno na grupach na FB więc chcąc nie chcąc na książkę się natknęłam, jednak jakoś mi ta pani i jej pewność siebie przy debiucie nie do końca „podeszły”, więc jeśli dobrze pamiętam po natknięciu co najwyżej zaśmiałam się pod nosem i uznałam, że to będzie zła książka. Jak widać – nie pomyliłam się. 😀
    W ogóle, za każdym razem jak widzę tę okładkę to czytam podtytuł jako „Szal Wandy”…

    • Nie pomyliłaś się. Kilka naprawdę trudnych godzin spędziłem z tą książką i na kolejne tomy nie czekam. „Szal Wandy”. 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: