Filmowe Uniwersum Marvela #1 – Czarna Pantera (2018)

(Pantera + afrofuturyzm) x Marvel = sukces? 

Krytyka filmowa zmieniła się na przestrzeni lat, tak jak większość dziedzin lub rzeczy w naszym życiu. Widzom nie wystarcza już kciukowy paradygmat Rogera Ebberta. Nawet przeciętny Kowalski zaczął interesować się filmem w sposób głębszy, aniżeli tylko powierzchowny. Dzisiaj ważne są pytania. Czy dany film podniesie na duchu uciemiężonego codziennością widza lub czy wprowadzi drętwe i nudne dialogi, kradnąc przy tym nasz cenny czas? Jakie znaczenie ma w danym obrazie symbolizm? Czy aluzje odnośnie naszego społeczeństwa są obecne na ekranie? 

Spokojnie, nikt nie będzie tutaj kamuflował swojego suchego blogerskiego pióra w taki sposób, w jaki zrobiła to większość krytyków. Nie za otoczką odniesień do postaci takich jak: Malcolm X, Nelson Mandela czy Martin Luther King. Nie śmiem wątpić, wybitne postacie – ale nie tutaj. Nikt też nie będzie negować siły filmu, tak przecież potrzebnej do             inspiracji. Czarna Pantera otwiera drzwi szerzej, niż te kiedykolwiek były otwarte. To film niewstydzący się swojej “czarności”, przejmujący się uczuciami afroamerykańskiej widowni, będąc jednocześnie prosty w odbiorze na tyle, by dopuścić do siebie wszystkich innych. W tym aspekcie ten film jest prawdziwym fenomenem i ani trochę nie dziwi kasowy,  miliardowy (!) sukces Czarnej Pantery

Scena otwierająca Czarną Panterę to nie ekstrawaganckie non stop akcji i muskuł ani kosmiczny chaos, tylko kipiące od emocji, miejskie podwórko w Oakland, w Californii. Wczesne lata dziewięćdziesiąte i boisko do kosza okupowane przez młodych, czarnoskórych chłopaków. Całość to mocne przypomnienie tego, co w naszym życiu ma tak naprawdę duże znaczenie – idealnie zresztą nadające ton obrazie Ryana Cooglera.  

Po przedwczesnej śmierci swojego ojca, T’Challa powraca do ojczyzny – Wakandy, razem ze swoją partnerką Nakią i kobiecym bodyguardem Okoye. Jest to fikcyjne państwo w Afryce Środkowej z tak zaawansowaną technologią, że postanowiono pozostać w ukryciu przed resztą świata, po to by jej strzec. Krótko po swojej koronacji T’Challa odkrywa sekret, który zagraża jego królestwu. Jakby tego było mało, jego stary nieprzyjaciel Ulysses Klaue łączy siły z jeszcze jednym wrogiem –  Killmongerem. Niedawno ukoronowany prawowity władca tronu musi stoczyć walkę z obydwoma, inaczej straci wszystko.

Historia wpasowuje się całkiem zgrabnie w szablonowy obraz o superbohaterze. Mężczyzna stopniowo odkrywający pełen zasób swoich mocy, uczący się pokornie, jak być królem. A nie jest to łatwe zadanie. T’Challa wierzy zarówno w Wakandę, jak i w wartości, które są ważne dla jego ojczyzny, ma jednak problem z ideami części swojego ludu – tak bardzo chętnego do podzielenia się swoją technologią z zewnętrznym światem. Pozytywnie zaskoczyło mnie to, jakie tematy łechce film. Izolacja, znaczenie lojalności, handel bronią (ten legalny i nielegalny). Co ciekawe, gdy dwóch bohaterów rozmawia o jakiejś z wyżej wymienionych kwestii, film niekoniecznie obiera jedną ze stron, raczej stara się zmusić widza do głębszego poznania tematu, zanim ten zacznie wypowiadać się na któryś z nich.

Wszystko to od Ryana Cooglera, reżysera bokserskiego Creed i dramatu Stacja Fruitvale, dwóch bardzo dobrych filmów, które szczerze polecam. Coogler w Panterze nie wykonuje wybitnej roboty, siedząc na swoim reżyserskim krześle, jednak zgrabnie porusza się w strefie tego, czym film Marvela powinien być, a czym nie. Jest tu kilka momentów, które powodują zgrzyt zębów, tak jak ujęcie kamery „do góry nogami”, które wraca do normalnej pozycji – wszystko po to, by kiepsko zabawić się symboliką – lecz ogólnie Ryan Coogler zasługuje na 5-. Bohaterowie są idealnie obsadzeni, aktorzy współgrają ze sobą i z filmem bardzo dobrze, a świat Wakandy i kostiumy tam obecne zapadają w pamięć. Stać na czele tak trudnego z kilku perspektyw filmu, nie jest rzeczą łatwą, Coogler udowadnia jednak, że jest w stanie wyciągnąć przed obiektyw kamery wszystko to, co najlepsze w swoich aktorach, sterując nimi tak, by ich talent był widoczny nawet dla oka laika. Czarna Pantera to uczta dla oczu, uszu, serca i umysłu, bo jest filmem z akcją, serduchem i duszą.

Nie wszystko jest jednak tutaj idealne. Czarna Pantera znajduje się w tej górnej jakościowo grupie filmów Marvela, jednak nie wydaje mi się, że trzyma poziom Civil War, pierwszego Iron Mana czy Strażników Galaktyki. Sceny akcji nie zapadają specjalnie w pamięć, wyjątkiem jest pościg na ulicach Korei Południowej. Moralne rozterki filmu mogłyby być bardziej wyraźne, sprecyzowane i eksplorowane w głębszy sposób. Trzeci akt jest prowadzony dobrze, ale ciągle mało tutaj wątpliwości, która jest tak potrzebna w utrzymaniu niepewności do samego końca. Wszystko to jednak można przegryźć dzięki inteligentnemu ubraniu całości w afrofuturyzm, którego ciągle niewiele w dzisiejszych filmach. Sposób, w jaki natura współgra z technologią z przyszłości, dopełniając się wzajemnie, pokazuje, jak duży potencjał leży w tym nurcie science-fiction. Duży wpływ na to ma stosunek kontynentu afrykańskiego spowodowany kolonizacją i naciskiem ze strony Zachodu na nieustanny progres. Nasza – wielbicieli filmowych ekranizacji komiksów – przyszłość leży właśnie w rękach między innymi takich reżyserów jak Ryan Coogler, Taika Waititi (Thor: Ragnarok) i Patty Jenkins (Wonder Woman). Takich, którzy nie boją się nowych pomysłów i świeżości w temacie. Bo tylko takie kino da się oglądać bez przymykania jednego oka.

Chcielibyście zostać patronami Fantasmarium i pomóc nam w dalszym rozwijaniu portalu? Gorąco zapraszamy do odwiedzenia naszego profilu w serwisie Patronite:



Categories: Filmy

Tags: , , , , , , , ,

2 replies

  1. Nie jestem fanem kina superbohaterskiego, choć zwykle dobrze mi się ogląda takie filmy, ale jestem fanem fantastycznych miejscówek, a słyszałem, że Wakanda z Czarnej Pantery wygląda naprawdę fajnie. Dlatego w swoim czasie planuję Czarną Panterę zobaczyć.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: