Dlaczego warto sięgnąć po nowe wydanie „Władcy Pierścieni”?

Dosyć niedawno w moje ręce trafiło nowe wydanie “Władcy Pierścieni” wydawnictwa Zysk i S-ka. Wszystkie tomy arcydzieła J.R.R. Tolkiena po raz ostatni przeczytałem wiele lat temu, dlatego też postanowiłem podjąć wyzwanie i raz jeszcze zagłębić się w świat Śródziemia. Czy było warto? Oczywiście. Czy warto sięgnąć po “Władcę” w nowym, poprawionym tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego? Przekonajmy się.

"Władca Pierścieni" tłumaczenie Jerzy Łoziński - recenzja

Recenzje “Władcy Pierścieni” można już pewnie liczyć w dziesiątkach tysięcy, a do jego przeczytania nie trzeba chyba nikogo namawiać. Problem może pojawić się jednakże w czasie wyboru przekładu – z jednej strony mamy preferowane przez większość czytelników tłumaczenie Marii Skibniewskiej, z drugiej natomiast głośno krytykowaną pracę Jerzego Łozińskiego (wciąż pamiętam, jak z wypiekami na twarzy słuchałem, jak wiele lat temu mój tata czytał mi tę właśnie wersję). Dlaczego zatem w swoim najnowszym, pięknym (cały komplet, wraz z “Silmarillionem”, w biblioteczce prezentuje się po prostu obłędnie) wydaniu “Władcy Pierścieni” Zysk i S-ka postawiło na to drugie?

Osoby, na których twarzach już pojawił się grymas zniesmaczenia na myśl o perełkach starego przekładu Jerzego Łozińskiego takich jak Sam Gaduła i Bilbo Bagosz, mogę w tym miejscu uspokoić – tłumaczenie zostało poprawione (naprawdę). W nowej wersji nie znajdziemy już wcześniej wspomnianych błędów czy krzatów, albo Bagoszna, ostały się natomiast kwestie dyskusyjne (no, może pomijając “Bractwo pierścienia”). Jakie?

Aragorn to wciąż Łazik, a nie dobrze znany wszystkim z przekładu Marii Skibniewskiej Obieżyświat. Czy jest to jednak błąd? Co do tego, że Obieżyświat brzmi i wygląda po prostu lepiej, nie można się spierać, jednakże przy ocenie tłumaczenia, największe znaczenie powinna mieć zgodność z oryginałem, a tutaj, o dziwo, rację ma Jerzy Łoziński.

Dziękuję serdecznie, jeśli jeszcze nie przerwaliście lektury tego artykułu.

Chociażby w trakcie narady u Elronda, sam Aragorn wspomina, że pomimo wszelkich starań Dunedainów, mieszkańcy Bree i okolic wciąż odnoszą się do niego bez szacunku, nazywając go Łazikiem. Trudno doszukać się natomiast negatywnego zabarwienia w określeniu Obieżyświat – mnie kojarzy się on z dzielnym podróżnikiem, a nie włóczęgą.

W nowym wydaniu “Władcy Pierścieni” zostawiono natomiast to, co w Łozińskim najlepsze – piękne, poetyckie tłumaczenia wierszy i podniosły styl. Wszelkie utwory, takie jak chociażby wiersz Bilba, opowiadającego o wiosnach, których nie będzie mu już dane zobaczyć (utwór ten wybrałem na konkurs recytatorski w szkole podstawowej – niestety, jako jedyny z ośmiu uczestników, nie otrzymałem wyróżnienia), brzmią fantastycznie, a przy każdym pojawieniu się króla Theodena ciarki są po prostu gwarantowane.

Nowe wydanie “Władcy” ma jednak też swoje wady. Ilustracje Alana Lee, chociaż piękne, umieszczone są w losowych miejscach książki – w żaden sposób nie korespondują z opisywanymi obecnie wydarzeniami. Jest to tym bardziej irytujące, że chociażby w “Silmarillionie”, który w księgarniach pojawił się wcześniej, nie ma tego problemu i dzieła Teda Nasmitha odzwierciedlają to, co dzieje się w powieści. Mam nadzieję, że jeśli Zysk zdecyduje się w podobnej oprawie wydać inne książki Tolkiena (trzymam za to kciuki!), zostanie to poprawione.

Poza samą treścią “Władcy Pierścieni”, w nowym wydaniu znaleźć można również dodatki takie jak przedmowa samego autora, prolog wprowadzający w świat Śródziemia, piękne ilustracje, mapy i ogromną liczbę innych treści dotyczących poszczególnych bohaterów i ich historii. Według mnie w tej kwestii lepiej być po prostu nie mogło.

Podsumowując:

Nowe, przepiękne wydanie “Władcy Pierścieni” to wspaniałe uzupełnienie kolekcji każdego fana twórczości Profesora, ale również wspaniały prezent na rozpoczęcie przygody ze Śródziemiem. Większość błędów obecnych we wcześniejszym tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego została poprawiona (nie naruszono natomiast przełożonych z rozmachem wierszy i pieśni) i na próżno można szukać w nim Sama Gaduły i Bilba Bagosza, ilustracje Alana Lee to przyjemność dla oka, a ogromna liczba materiałów dodatkowych będzie nie lada gratką dla każdego czytelnika. Nawet jeśli jesteście zagorzałymi fanami “Władcy Pierścieni” w przekładzie Marii Skibniewskiej, to sądzę, że warto dać drugą szansę Jerzemu Łozińskiemu. Gorąco polecam.

Jeśli interesują Was też inne książki fantasy, serdecznie zapraszamy do lektury naszej listy.

PS. Który przekład Wy preferujecie i dlaczego?

Zapraszamy do lektury naszej listy najlepszych książek fantasy.



Categories: Fantastyka, Klasyka, Książki, Literatura piękna

Tags: , , , , , , , , , , , , , , ,

23 replies

  1. Moim zdaniem, jest to bardzo przydatna opinia. Sam zastanawiałem się nad zakupem tego ilustrowanego wydania, lecz moje oczy kuło tłumaczenie pana Łoźińskiego (i obawiałem się powtórki z tamtego pamiętnego wydania). Lecz teraz wszelkie wątpliwości zostały rozwiane i śmiało mogę szykować się do zakupu 😀

  2. Ja jestem przywiązana do tłumaczenia Marii Skibniewskiej, ale to dlatego, że było pierwszą wersją, jaką czytałam – Łozińskiego nie miałam do tej pory w rękach, ale jak słyszałam o tym nieszczęsnym Łaziku, to aż mnie dreszcze przechodziły (od razu widzę takiego marsjańskiego łazika w środku Shire 😀 ). Ale koniecznie muszę sobie dokupić to wydanie, bo jest przepiękne, no i te dodatki w środku mnie przekonują 🙂

    • Ja podobnie miałem z Łozińskim – moje pierwsze tłumaczenie. Co do Łazika – nie brzmi on może dobrze, ale bliższy jest na pewno prawdy niż Obieżyświat. 🙂
      Jest przepiękne, nie da się ukryć. Tym bardziej, że mają się w podobnym wydaniu pojawić jeszcze inne książki Profesora. 🙂

      • Warto wspomnieć co do wierności intencjom autora co do nazewnictwa, że Maria Skibniewska miała możliwość i konsultowała się z autorem korespondencyjnie. Czego nie miał Łoziński,

    • Nie tyle marsjańskiego co księżycowego. Nie wiem dlaczego ale jak zobaczyłem tego Łazika to od razu skojarzyłem to z Łunochodem. No i ci Czatownicy no PZPR wyłazi pełną gębą.

  3. Ciekawe różnice znalazłaś w tłumaczeniach bo tak szczerze to się nad nimi nie zastanawiałam 😛 choć raczej nie sięgnę po nowa wersję (stara mi wystarcza i kocham całym sercem) fajnie jest widzieć że ludzie wracaja do starszych powieści 🙂
    my-dream-is-love.blogspot.com

  4. Gdy pierwszy raz zobaczyłam na oczy stare tłumaczenie Łozińskiego, to dech mi zaparło, byłam bliska zawału. Nie, nie i jeszcze raz nie – nie jestem w stanie zrozumieć, jak autor tłumaczenia mógł popełnić takie morderstwo na dziele Tolkiena. I dlatego właśnie po jego tłumaczenie, choć poprawione (dla mnie Strider pozostanie Obieżyświatem, Łazik – brzmi jak ten marsjański Rover, więc nie, absolutnie mi to nie pasuje do Aragorna; już lepszy byłby Włóczykij muminkowy :P), nie sięgnę już nigdy więcej. Swoją drogą, Skibniewska przy tłumaczeniu pisała do Tolkiena, jak tłumaczyć nazwy własne (odpowiedź była: nie tłumaczyć – i się do niej zastosowała). A Łoziński zrobił masakrę – dlatego nadal wielkie NIE. 😉

    • Wszystko rozumiem, ale mimo wszystko mam też sentyment do starego tłumaczenia Łozińskiego – jedna z pierwszych książek, które czytał mi tata. 🙂
      Co do Łazika – wiem, że tak się kojarzy wielu osobom, ale akurat w tym przypadku jestem z Łozińskim.
      Dzięki wielkie za komentarz!

  5. Cóż z chęcią postawiłbym na półce ładniejsze wydanie Władcy Pierścieni niż to niezbyt urodziwe wydanie od Muza SA z 2009 roku, ale jednakowoż nazwisko Łozińskiego mnie nie przekonuje mimo wspomnianych poprawek. Za bardzo jestem przyzwyczajony do przekładu Skibiniewskiej, a tłumaczenie Łozińskiego to dla mnie bardziej osobliwość niż coś czemu dałbym szansę. Niemniej, co kto lubi.

  6. Ja w sumie te wydanie ilustrowane kupiłem tylko dlatego, że ładnie wygląda na półce z ilustrowanym Silmarillionem. Jak chcę sobie przeczytać trylogię, to sięgam po przekład Skibniewskiej 😀

    • Też preferuję Skibniewską, ale myślę, że warto dać szansę temu tłumaczeniu – wiersze etc. świetnie przełożone zostały. 😉

  7. Dzięki!

  8. Witaj, trafiłem na ten artykuł bo stoję przed wyborem kupienia całej trylogii. Dawno, dawno temu czytałem trylogie z biblioteki, własnie w tym przekładzie. Boję się kupić ją ponownie, gdyż wtedy strasznie się zraziłem (Radostek = Merry, brrr, aż dalej trzęsie), jednakże wyglądają te ksiązki obłędnie i z Silmarillionem byłoby super mieć je na półce. Czy mógłby ktoś mi dać znać (a najlepiej autor artykułu) czy uświadczę tutaj nazwy własne nie przetłumaczone? Tzn. ja rozumiem, że tłumacz ten chciał przełożyć tak aby oddać sens nazw własnych, lecz chyba oczy mnie zaczną boleć jak znowu zobaczę te spolszczone nazwy. Pozdrawiam 🙂

    • Wszystkie największe wpadki zostały usunięe. 🙂 Aragorn dalej jest Łazikiem, a nie Obieżyświatem, ale które z nich jest lepsze, to akurat kwestia dyskusyjna według mnie. Polecam. 🙂

      • Dzięki za odpowiedź, na mimo wszystko stary artykuł 😉 Teraz jak już wiem którą wersję przekładu wybrać to będzie łatwiej, tyle że pojawił się inny problem, mianowicie pomysł, aby przeczytać serię w oryginale (angielski). Czy ty Piotrze, czytałeś może LOTR’a w oryginale i jesteś w stanie polecić lub znasz kogoś kto poleca przeczytać po angielsku? 🙂

      • Ostatnio trudno u nas o nowe teksty niestety, więc chyba wszystkie są już stare. 🙂 LOTR w oryginale jest wymagający, ale serdecznie polecam – naprawdę warto! Na Amazonie jest piękne wydanie całości na przykład. 🙂

      • Chyba się przekonałem do LOTR’a w oryginale i będę musiał go zakupić, dzięki za pomoc. Wasz blog wydaje się interesujący, dość późno go jednak widzę odkryłem. Lecz mam nadzieję, że brak wpisów jest tylko przejściowy 😉 i ruszy ponownie ze zdwojoną siłą.

  9. Witam. Dzięki za ciekawy artykuł, który pomaga spojrzeć bardziej łaskawym okiem na tłumaczenie p. Łozińskiego. 😉 A propos tegoż poprawionego wydania, nie czytałem – czy poprawiono nazwy własne, a raczej.. czy ich nie poprawiano, inaczej mówiąc – czy zostały oddane oryginalnie, bez tłumaczenia?.. jak zresztą zalecał sam Tolkien.
    Co do łazika, obieżyświata… Dlaczego nie włóczęga? Bardziej wierne oryginałowi, ma pejoratywny wydźwięk, i nie traci na liryczności (na co zwrócił uwagę sam Tadeusz Olszański). Pozdrowienia z Norwegii

  10. „jednakże przy ocenie tłumaczenia, największe znaczenie powinna mieć zgodność z oryginałem, a tutaj, o dziwo, rację ma Jerzy Łoziński.”

    Jakby tak bylo to google translate by wystarczyl a tak nie jest, dlatego tlumaczenia sa objete prawem autorskim ktore przysluguje tlumaczowi. Ja wole jednak jak tlumaczenie to jest spojna calosc zrozumiala w naszym jezyku, a sa pewne słowa i sformulowania ktorych nie da sie przetlumaczyc na nasz jezyk. Dlatego tez tylko przeklad pani Marii.

  11. Wyłącznie oryginał. 🙂 Skibiniewska jest okropna, zaś Frące… no wydają się spoko, ale jeszcze się do końca nie przekonałam (ale powody leżą pewnie po mojej stronie, a nie ich tłumaczenia). Moja znajomość LOTRa zaczęła się od… starego Łozińskiego. Przeczytałam tom pierwszy. Na czysto, bez żadnych uprzedzeń, bo nie znałam innych wersji. Ale stwierdziłam, że mam potrzebę przeczytania dalszych części w oryginale. Dopiero wtedy poznałam oryginalne nazwy własne. Ok, doskonale rozumiem hejt. Ale rozumiem też racje Łozińskiego. Oprócz „Tajaru” – choć poszukiwanie etymologicznych tropów tego akurat spolszczenia było całkiem ciekawe. Ja też jestem tłumaczem, poniekąd. Miałam też okazję poznać tłumaczenie Skibiniewskiej (gdyż nabyłam drogą małżeństwa i tę wersję do biblioteczki). Nie mogłam tego czytać, było sztywne i nadęte, ale przyznam, że po tym, jak poznałam oryginał, trudno mi czytać jakiekolwiek tłumaczenie. A teraz wracam to tematu – gdyż chcę zaznajomić z cyklem moje dzieci, a jeszcze nie znają wystarczająco dobrze angielskiego. Hobbit poszedł w wersji Braiter. Bardzo się podobał, chociaż poezja wydawała się miejscami strasznie kwadratowa. Po przewertowaniu opinii na temat tego, co jeszcze działo się w tłumaczeniach LOTRa, wybieram… poprawioną wersję Jerzego Łozińskiego. Teraz tylko zobaczymy, czy online po okładce uda mi się kupić odpowiednią. 😉 Jakby kiedyś moje potomstwo postanowiło zakwestionować ten wybór – na półce zawsze stoi jeszcze kwadratowa Skibiniewska. 😉 Zasłonięta wprawdzie oryginałami, nie bez pewnej intencji właścicielki xD

Trackbacks

  1. „Niedokończone opowieści Śródziemia i Numenoru” J.R.R. Tolkien – recenzja
  2. Dlaczego warto przypomnieć sobie "Hobbita"? - Fantasmarium

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: