„Ciemny Eden” (Chris Beckett) – recenzja

Po niedawnych, bardzo udanych przygodach z fantastyką naukową (“Ślepowidzenie” i “Problem trzech ciał”) postanowiłem sięgnąć po kolejnego przedstawiciela tego gatunku, a mianowicie “Ciemny Eden” Chrisa Becketta. W 2013 roku zdobył on nagrodę im. Arthura C. Clarke’a za najlepszą powieść science fiction, do tego dodać należy wysokie oceny w portalach branżowych – oczekiwania miałem zatem duże. Czy książka Becketta jest faktycznie tak dobra? Przekonajmy się.

Zaczynając od kwestii technicznych – “Ciemny Eden” w Polsce wydany został jako część serii “Uczta Wyobraźni” Wydawnictwa Mag i wciąż bez problemu można go dostać w większości księgarni. Jeśli chodzi o jakość papieru oraz ilustrację na okładce – nie ma się do czego przyczepić. Wydaje mi się jednak, że podobnie jak pozostałym książkom z “Uczty Wyobraźni”, tej również przydałoby się jakieś wprowadzenie, może słów kilka o autorze (doskonałym przykładem, jak to robić, jest według mnie chociażby zbiór opowiadań H.P. Lovecrafta ”Zgroza w Dunwich” z przedmową Macieja Płazy). Przejdźmy zatem do samej treści lektury.

Powieść Chrisa Becketta opowiada historię społeczności zwanej Rodziną, która została zmuszona do osiedlenia się w otoczonej Śnieżnym Zimnem Okrągłej Dolinie, na pozbawionej światła słonecznego planecie Eden. Mieszkańcy żyją przekazywanymi z pokolenia na pokolenie wspomnieniami Ziemi oraz wiarą w to, że pewnego dnia przybędzie z niej ekspedycja ratunkowa. Na Edenie panuje stagnacja – członkowie Rodziny nie myślą nawet o zbadaniu planety na której żyją, wynajdywaniu nowych narzędzi etc. Wszyscy już od wielu lat czekają tylko na przybycie statku kosmicznego z Ziemi, ilość pożywienia topnieje gwałtownie wraz ze wzrostem ilości ludności, a dzieci rodzą się zdeformowane – nietopyski (zajęcza warga) i krzywostopy.

Właśnie w takich okolicznościach poznajemy głównego bohatera powieści – Johna Czerwoniucha (wydarzenia opisane przez autora będziemy oglądać też oczyma kilku innych, znaczących postaci). Około piętnastoletni chłopak jest marzycielem, jak sam stwierdza “potrzebuje czegoś więcej niż TO”, irytuje go brak jakiejkolwiek inicjatywy ze strony pozostałych Edeńczyków. Momentami John przypominał mi Randle’a McMurphy’ego z “Lotu nad Kukułczym Gniazdem” – nie pasuje on do swojego otoczenia, ma jednak na tyle charyzmy i silnej woli, aby przynajmniej spróbować coś zmienić. Jak jego działania wpłyną na losy Rodziny? Czy oczekiwanie na powrót Ziemian jest tylko mrzonką? Co kryje się za Śnieżnym Zimnem? O tym będziecie musieli przekonać się sami.

Głównym motywem poruszanym przez Becketta w “Czarnym Edenie” jest traktowanie życia jak swoistą poczekalnię – zamiast rozwijać się i wykorzystywać to, co mają, członkowie Rodziny stoją w miejscu i liczą na to, że ktoś ich uratuje. Bardzo dobrze podkreśla to wypowiedź Jeffa (obok Johna chyba najbardziej interesującego bohatera powieści) – “Jesteśmy… jesteśmy tu naprawdę”. Zdanie to z początku może wydawać się proste i niewiele znaczące, ale z każdym następnym rozdziałem “Ciemnego Edenu”, nabiera coraz więcej znaczenia. Czy to, na co czekamy, jest warte naszego czasu? Czym jest dla nas wiara i czy aby nie wykorzystujemy jej, aby usprawiedliwić swój brak działania? Powieść Chrisa Becketta prowokuje między innymi do zadania sobie takich pytań.

Autorowi “Ciemnego Edenu” udało się stworzyć szereg interesujących, skomplikowanych postaci, z których każda działa w zgodzie ze swoim charakterem i doświadczeniami. Największe wrażenie mimo wszystko robi jednak John. Marzyciel chcący lepszego dla życia dla swoich bliskich, czy może egoista niepotrafiący nawet na chwilę stanąć w miejscu? Rozwój tej postaci jest według mnie jednym z największych plusów tej powieści. Bardzo podobało mi się też stworzone przez niego pojęcie “lamparcich momentów”, czyli chwil, w których trzeba zastanowić się “dokąd zmierzam i kim chcę być, a nie tylko co bym chciał w danej chwili”.

Warto również zwrócić uwagę na oryginalny świat stworzony przez Becketta. Mieszkańcy mrocznego, zimnego Edenu podzieleni są na osiem funkcjonujących w różnych godzinach grup (Czerwoniuchowie, Kolczaki, Ryborzeki etc.), mają własny slang, podobny do hebrajskiego sposób stopniowania przymiotników (bardzo słaby to “słaby słaby”, najsłabszy to “słaby, słaby słaby” itd.), własne legendy i przekonania. Należy też wspomnieć o mocnym, doskonale wpasowującym się w klimat całej powieści zakończeniu.

Natomiast jeśli chodzi o wady “Ciemnego Edenu”, to uważam, że niektóre elementy, takie jak śpiewające lamparty, czy podziemia, nie zostały do końca wykorzystane. Ponadto chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej na temat samego sposobu funkcjonowania całej planety. Być może zostanie to wyjaśnione w drugim tomie cyklu, który niestety nie został jeszcze u nas wydany.

Podsumowując: “Ciemny Eden” Chrisa Becketta to kawał dobrego, socjologicznego sci-fi, które czyta się po prostu świetnie. Świat wykreowany przez autora intryguje, bohaterowie (szczególnie John) są wiarygodni, a tematy poruszane w książce zostają z czytelnikiem jeszcze na długo po jej zakończeniu (pomimo iż nie jest to liga chociażby “Ślepowidzenia”). Jeśli szukacie solidnej, zmuszającej do myślenia fantastyki naukowej – gorąco polecam.

Ocena: 7.5/10

PS. Jeśli szukacie innych dobrych książek sci-fi, zapraszam do lektury mojej listy.



Kategorie:Książki, Sci-fi, Zagraniczna fantastyka

Tagi: , , , ,

3 replies

  1. To w sumie ciekawy przypadek – przez wielu stałych czytelników UW „Ciemny Eden” uważany jest za jedną z najsłabszych pozycji. Jak dla mnie to jedna z ulubionych 😉

    Co do języka, stopniowania itp. – tu chodzi ponoć nie o nawiązania do dawnych tradycji (jak hebrajskiego), a pokazanie degradacji, uproszczeń i cywilizacyjnego cofania się zamkniętej społeczności.

    Przy okazji – w tym roku ma w Polsce wyjść „Matka Edenu” 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • Mam podobnie. W UW są oczywiście słabsze pozycje, ale według mnie „Ciemny Eden” zdecydowanie do nich nie należy. 🙂

      Co do języka – hmm, a to ciekawe, teoria z hebrajskim i tradycjami bardzo by mi tutaj pasowała. Chociaż z drugiej strony degradacja i uproszczenia też mają sens.
      O, a to bardzo dobra wiadomość. 🙂 Szkoda, swoją drogą, że drugi tom „Problemu Trzech Ciał” nie ma daty premiery w Polsce jeszcze.

      Lubię to

  2. Jeden z lepszych tytułów w UW

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: